„Najwyżej będę drugi”. Rozmowa z Janem Mrozowskim, trzykrotnym mistrzem świata w sudoku

10 minut czytania

Jan Mrozowski jest jedynym Polakiem, który zdobył tytuł mistrza świata w sudoku — i zrobił to trzy razy: w 2009, 2010 i 2012 roku. Piętnastokrotny mistrz Polski w sudoku, mistrz Polski w łamigłówkach (m.in. 2009 i 2015), uczestnik programu „The Brain. Genialny umysł”. Z zawodu inżynier, krakowianin. Od kilkunastu lat równie mocno wciąga go scrabble — w 2022 roku został mistrzem Polski także w tej grze.

Znamy się od lat: Janek wiele razy startował na finałach mistrzostw Polski, które organizowałem. Pytania zadałem ja — Paweł Kępczyński, autor Neuro-Logiki. Odpowiedzi publikuję w całości, tak jak je napisał.

Zacznę od tej sceny z samolotu do Filadelfii w kwietniu 2010 roku, kiedy lecieliśmy obok siebie na mistrzostwa świata. Ja czekałem na magiczne techniki, a Ty powiedziałeś tylko: patrz szerzej. Czy mistrzostwo w sudoku to naprawdę bardziej „widzenie więcej” niż „znanie więcej”? Da się tego szerokiego patrzenia nauczyć, czy z tym trzeba się urodzić?

Sam lot pamiętam, ale szczegółów naszej rozmowy nie za bardzo, w tym tego sformułowania „patrz szerzej”. Jednak z tezą, że widzenie więcej na diagramie niż znanie więcej technik daje lepsze rezultaty, zdecydowanie się zgadzam. Technik rozwiązywania sudoku jest wiele, ale spośród tych bardziej zaawansowanych, szukanie konkretnej jest dość czasochłonne, dlatego nawet czasem lepiej jest strzelić, dojść do sprzeczności i wrócić do miejsca strzału, niż próbować szukać zaawansowanych metod w bardziej wymagających zadaniach. Natomiast poza tym najszybciej i najprościej jest używać metod najprostszych (np. uzupełnianie kolumn, rzędów, sektorów, uzupełnianie diagramu konkretną cyfrą, ewentualnie szukanie gołych par/trójek czy czwórek w rzędach/kolumnach/sektorach), a w tym celu widzenie szerzej, ogarnianie całej planszy jest bardzo przydatne, gdyż szybciej zobaczymy zależności.

Finał mistrzostw świata w 2010 — bronisz tytułu z 2009 r. ze Słowacji, wariant consecutive. Trzy razy dochodzisz do sprzeczności po kilkunastu cyfrach, trzy razy zmazujesz wszystko poza pierwszą wpisaną cyfrą — i dopiero gdy topnieje cała Twoja przewaga z rund indywidualnych, orientujesz się, że to właśnie ta pierwsza cyfra była zła. A mimo to obroniłeś tytuł. Co się dzieje w głowie w takim momencie? Jak nie spanikować, kiedy na oczach wszystkich pali Ci się przewaga?

W moim przypadku jest tak, że w trakcie takiej rywalizacji totalnie nie obchodzi mnie, co myśli publika. W ferworze rywalizacji bardziej walczę z samym sobą, żeby poradzić sobie z zadaniem. Taką walkę toczyłem nieraz, ale w większości przypadków – nikt na mnie nie patrzył. Kiedy zostałem dogoniony i nawet przegoniony, to po prostu pomyślałem sobie – no trudno, najwyżej będę drugi. Paradoksalnie dzięki zdjęciu z siebie tej presji nagle zaczęło iść całkiem nieźle, a mój najgroźniejszy przeciwnik – Kuba Ondrousek – być może zdał sobie sprawę, że jednak może wygrać, mimo że z początku miał dużą stratę, i to go usztywniło.

Z perspektywy psychiki nie jest trudno gonić, zwłaszcza kiedy się jest underdogiem, znacznie trudniej jest utrzymać przewagę.

Nieraz miałem sytuację, w różnych zawodach, że myślałem sobie „jest dobrze, teraz tylko tego nie spieprzyć” i wtedy zwykle pojawiały się największe nerwy.

Z tej samej historii: czego ta pierwsza źle wpisana cyfra nauczyła Cię o własnych błędach? Bo wydaje mi się, że zwykły człowiek najbardziej boi się w łamigłówkach właśnie tego — że się pomyli i „wszystko na nic”.

Ta cyfra i nie tylko ta – że jesteśmy tylko ludźmi i każdy popełnia błędy. Nie da się w swoim życiu wyeliminować błędów. Tu obyło się na szczęście bez konsekwencji, ale bardziej bolesne było przestawienie dwóch cyfr w turnieju Beijing International Sudoku Tournament w 2012 roku. Półfinał szedł mi znakomicie i oddałem pracę z ok. 8-minutową przewagą nad resztą, jednak w jednym zadaniu przestawiłem dwie cyfry i zamiast pewnie awansować do 2-osobowego finału, skończyłem na 4. miejscu. Niestety w tamtym turnieju nie było możliwości poprawiania się, kiedy rozwiązanie było błędne.

Jaki diagram sudoku sprawia Ci autentyczną przyjemność? Po czym poznajesz, że plansza jest „piękna” — i czy w ogóle istnieje coś takiego jak brzydkie sudoku?

To jest zawsze kwestia indywidualna – nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. Mnie zawsze bardzo podoba się, kiedy diagram jest symetryczny (osiowo lub środkowo) lub przedstawia jakiś wzór, nawiązujący np. do miejsca zawodów. Wtedy widać, że autor przyłożył się do układania i miał jakiś pomysł. Jeśli do tego dochodzi odpowiedni poziom trudności, bez konieczności strzelania, to diagram zasługuje na najwyższą notę.

Lubię, kiedy w diagramie jest dokładnie tyle cyfr, ile potrzeba do rozwiązania — a nie dodaje się losowo jakichś, aby na siłę ułatwiać.

Który wariant sudoku lubisz najbardziej i dlaczego akurat ten? A który jest według Ciebie najbardziej niedoceniany?

Nie mam za bardzo sprecyzowanych preferencji, wszystkie są dla mnie ok, ale jeśli któryś miałbym wyróżnić, pod obydwoma względami, to Isosudoku, w którym obowiązują zasady klasyczne, ale diagram jest „kopnięty”, a pola mają kształt sześciokątów foremnych. Ze względu na kształt planszy rozwiązywanie jest bardzo urozmaicone względem klasycznej wersji, ale prostota zasad jest wciąż zachowana.

Czy było kiedyś zadanie, które Cię pokonało albo autentycznie upokorzyło? Takie, które pamiętasz do dziś?

Pokonało to na pewno, ale nie rozpamiętywałem tego. Jeśli w zawodach, to zwykle powodem był brak czasu, więc po skończeniu rundy zwykle można było wrócić i rozwiązać sobie na spokojnie bez presji czasu. Jeśli było to poza zawodami, to były to zadania ekstremalnie trudne, w których trzeba było kilkukrotnie strzelać, a z takich zadań nie mam wielkiej przyjemności.

Startowałeś w programie „The Brain. Genialny umysł” — trzy diagramy w określonym czasie, kamery, studio, publiczność. Co jest trudniejsze: presja telewizyjna czy presja finału mistrzostw świata? To zupełnie różne rodzaje stresu?

Ten sam rodzaj stresu i co ciekawe – jego apogeum pojawiło się w podobnej sytuacji. W programie The Brain w połowie pierwszego zadania długo stałem, nie wpisując żadnej cyfry. Już właściwie pogodziłem się z tym, że zadanie jest na straty. W pewnym momencie mnie olśniło, że w diagramie jest błąd. Kiedy go poprawiłem, ruszyłem jak z kopyta, ale wiedziałem, że jest mało czasu. W tym momencie pojawiła się na mnie duża presja w stylu „jednak mogę zdążyć, tylko tego teraz nie spieprzyć”, co objawiało się wyraźnym drżeniem rąk. Dodatkowo pilnowałem się, aby nie patrzeć, ile czasu zostało, bo każde odwrócenie uwagi mogło kosztować cenne sekundy. W finale z 2010 roku było podobnie. Po tym jak Kuba mnie wyprzedził, miał już chyba ze 2 zadania przewagi, właściwie już odpuściłem, ale gdy okazało się, że jednak mogę go dogonić, pojawiła się podobna presja w stylu: „ej, jednak mogę wygrać”. Na szczęście w obu przypadkach presja podziałała przede wszystkim mobilizująco.

Wiele razy gościłeś u mnie w Pałacu Domaniowskim na finałach mistrzostw Polski. Jak Ci się tam startowało? Co wspominasz najlepiej — a co najmniej (możesz być szczery, wytrzymam)?

Bardzo dobrze się startowało, właściwie wszystkie aspekty organizacji oceniam bardzo pozytywnie – pokoje, sala, zadania, wieczorna integracja. Wielkim plusem były darmowe noclegi dla finalistów, ale myślę, że jakby były płatne, to większość osób równie chętnie by przyjechała, zwłaszcza ci, którzy już kiedyś byli. Najmniej miło wspominam rok, w którym pierwszy raz od kilku lat nie wygrałem w MP, w dużej mierze dzięki formule zawodów. To był rok, w którym do Pałacu zawitało kilku mocnych zawodników z Europy, w tym Tiit Vunk z Estonii i wspomniany wcześniej Jakub Ondrousek z Czech. Po rundach zasadniczych ta dwójka razem ze mną miała znaczną przewagę nad resztą stawki. Do półfinału awansował też Krystian Świderski, jako drugi z Polaków, który sensacyjnie pokonał wyjątkowo słabo dysponowanego w półfinale Estończyka, a ja przegrałem swój półfinał z Jakubem. Wskutek tego automatycznie mistrzem Polski został Krystian. Był to trochę niedosyt, że nie mogłem wziąć udziału w bezpośredniej walce o tytuł Mistrza Polski z drugim z Polaków, ale że kwestia Mistrzostwa Polski rozstrzygnęła się „korespondencyjnie”.

Kilkanaście lat temu na mistrzostwa Polski przyjeżdżała absolutna światowa czołówka — Tiit Vunk z Estonii, Jakub Ondroušek z Czech, zawodnicy nawet z Japonii. Środkowa Europa miała wtedy topowych graczy świata. Czy ta era już minęła?

Od paru lat coraz mniej śledzę, co się dzieje w tym świecie, ale progres Azjatów, a zwłaszcza Chińczyków, jest bardzo widoczny i myślę, że będą długo utrzymywać hegemonię w tym sporcie, gdyż jest to naród bardzo systematyczny i pracowity, a także mają w kim wybierać i od kogo się uczyć. Pamiętam, jak w 2009 na MŚ w Żylinie na Słowacji najlepszy Chińczyk był znacznie słabszy od najgorszego Polaka, a już 5 lat później inny Chińczyk został mistrzem świata. Teraz mają kilku znakomitych zawodników, bodaj 6-7 w pierwszej dziesiątce światowej, ze znakomitą Dai Tantan na czele. Poza tym to są wciąż ludzie bardzo młodzi, ze świeżymi umysłami.

Trzy tytuły mistrza świata w sudoku — tyle samo miał chyba tylko Thomas Snyder, z którym rywalizowaliście bezpośrednio. Jak wspominasz tę rywalizację? I którego zawodnika z całej historii startów szanujesz najbardziej — niekoniecznie za wyniki?

Szczerze mówiąc, to rzadko miałem okazję tak w pełni rywalizować z Thomasem Snyderem. Kiedy ja wygrałem w 2009 roku, były spore zastrzeżenia co do formuły zawodów. W 2010 ja startowałem, Thomas organizował. W 2011 Thomas wygrał, a ja zapomniałem w finale o jednej z reguł w zadaniu, przez co spadłem na ostatnie miejsce. Bardziej zaciekłe rywalizacje zdarzały mi się ze wspomnianymi wcześniej Ondrouskiem i Vunkiem albo Japończykiem Kotą Morinishim, zarówno na MŚ, MP, ale i na Mistrzostwach Czech, albo turniejach w Bangkoku czy w Pekinie. Z takiej topowej czołówki to najbardziej szanuję i lubię Tiita Vunka. Wiele razy rozmawialiśmy, jest to zawodnik, który na swój wysoki poziom doszedł ciężką pracą, ale jest jednocześnie bardzo komunikatywny, uprzejmy, życzliwy i grający fair play. Widać, że on również okazuje wiele szacunku swoim konkurentom.

Gdyby przyszedł do Ciebie ktoś, kto marzy o światowej czołówce — jakie umiejętności musi w sobie zbudować? Co jest ważniejsze: szybkość, pamięć, odporność psychiczna, a może coś, o czym nikt nie mówi?

Najpierw trzeba zapoznać się i opanować podstawowe i trudniejsze (nawet jeśli mało się je stosuje) metody rozwiązywania. Potem przejść przez wiele diagramów, masę ćwiczenia, rywalizacji, nawet nie bezpośredniej, ale polegającej na porównywaniu czasu z innymi. Chęć i zacięcie do rywalizacji jest w tym, jak i w każdym sporcie, bardzo pożądana, a może nawet kluczowa.

W pewnym momencie wciągnęło Cię scrabble i to ono odciągnęło Cię od zawodów sudokowych i łamigłówkowych, a może coś innego? Co takiego dało Ci scrabble, czego sudoku dać nie mogło? I czy umiejętności z sudoku przeniosły się na planszę ze słowami?

Może mało kto o tym wie, ale w scrabble (a właściwie kurnikowe Literaki) grałem nieco wcześniej niż w sudoku. Dopiero w 2010 roku Mariusz Wrześniewski (notabene – także uczestnik wielu eliminacji do MP w sudoku) zaprosił mnie na jedno z cotygodniowych spotkań w krakowskim klubie scrabble i tak już poszło. Różnica w scrabble polega przede wszystkim na tym, że ta gra jest w sporej części losowa, a przez to bardziej nieprzewidywalna. W sudoku zwykle nie ma wielkich niespodzianek, przez wiele lat rywalizując na polskim podwórku, wiedziałem, że jeśli będę w swojej normalnej dyspozycji, to tytuł Mistrza Polski jest niezagrożony. W scrabblach możesz znać wszystkie słowa, wszystkie anagramy, ale mimo to ten czynnik szczęścia powoduje, że nie zawsze ci najlepsi wygrywają. To mi się podoba, zwłaszcza że ja się do tych najlepszych nie zaliczam, ale będąc tym 20-30 zawodnikiem w Polsce, mogę rywalizować i wygrywać z teoretycznie mocniejszymi, a przy odrobinie szczęścia nawet wygrać Mistrzostwa Polski, jak to miało miejsce w 2022 roku. Oczywiście w drugą stronę też to działa i mogę przegrywać z teoretycznie o wiele słabszymi.

Poza tym na plus dla scrabble jest aspekt towarzyski tej gry. Każdą partię rozgrywamy z żywym przeciwnikiem, a nie jak w przypadku sudoku – każda runda to towarzystwo jedynie kilku kartek papieru. Ciekawym aspektem gry w scrabble jest też psychologia, trochę przypominająca grę w pokera, oraz opieranie się na prawdopodobieństwie, kiedy np. chcemy zwiększyć swoje szanse na dobranie jakiejś płytki, a podejrzewamy, że przeciwnik jej nie ma, wyrzucamy jak największą liczbę płytek, nawet niekoniecznie robiąc najdroższy ruch, albo nawet wymieniamy, nie zyskując żadnych punktów. W przeciwieństwie do sudoku, w scrabble bardzo liczy się strategia, podobnie jak w szachach, ale powiedziałbym, że nawet bardziej, bo w scrabble za każdym ruchem dysponujemy innym zestawem płytek i innym układem planszy. W szachach zestaw figur i początkowe ustawienie jest takie samo.

Czy dziś jeszcze siadasz do sudoku dla czystej przyjemności? Bez zegara, bez rywali?

Czasem mi się zdarza, ale raczej od święta. Odwiedzając rodziców, niekiedy rozwiążę sobie 1 diagram, kiedy widzę, że tata ma otwartą książkę z diagramami. Dla rywalizacji czasami wracam do ulubionej strony fed-sudoku.eu, gdzie porównuję czasy swoich rozwiązań z innymi zawodnikami.

I na koniec — pytanie pod czytelników mojego portalu, często ludzi, którzy dopiero zaczynają przygodę z łamigłówkami, także seniorów. Co byś powiedział komuś, kto uważa, że „sudoku to nie dla mnie, jestem za słaby z matematyki”? Co tak naprawdę trenuje w głowie regularne rozwiązywanie łamigłówek?

Bycie dobrym czy złym z matematyki nie ma znaczenia, bo do rozwiązywania sudoku umiejętności matematyczne nie są potrzebne.

Dla totalnie początkujących polecam zacząć od mniejszych diagramów – 6x6 albo nawet 4x4, a dopiero w miarę nabywania wprawy i doświadczenia przechodzić na diagramy 9x9 i wyższe poziomy trudności. Myślę, że trening polegający na rozwiązywaniu łamigłówek przyczynia się do poprawienia bystrości umysłu, szybszego kojarzenia faktów, zwiększenia spostrzegawczości, zauważania różnych prawidłowości.

Dziękuję za rozmowę, Janku. Powodzenia — przy cyfrach, symbolach i słowach.